Głos z morza

Urodziłam się dwukrotnie okręcona pępowiną, która niczym lina okrętowa nie chciała mnie wypuścić z bezpiecznej przystani brzucha mojej matki. Ale nawet kiedy akuszerka jednym ruchem przecięła bezpowrotnie łączącą nas więź, pępowina nadal ciasno oplatała moje ciało i potrzeba było dopiero decyzji mojej babki, która gwałtownym szarpnięciem wyswobodziła mnie z jej wężowego uścisku. Ślad pępowiny na zawsze odcisnął się na moim ciele, znacząc na skórze szlak, który budził respekt mojej załogi, strach podbijanych przeze mnie ludów i po którym lubili wodzić językiem moi kochankowie. Kiedy więc po latach kat owijał mi wokół szyi sznur, absolutnie się nie zdziwiłam, że zrobił to dwukrotnie.

Miałam pięć lat, gdy matka zmarła, wydając na świat mojego trzeciego braciszka. Jakiś czas potem nadeszły wieści z morza. Był sztorm, okręt ojca zaginął, fale wyrzuciły na brzeg zaledwie kilka ciał. Rodzina niezbyt sprawiedliwie rozdzieliła między siebie moje rodzeństwo. Dwójka najstarszych (i niezbyt urodziwych) poszła do krewnych do miasta, którzy zapewnić im mieli lepszy byt. Najmłodszy braciszek dostał się bezdzietnej parze i miał odtąd wieść żywot panicza. Ja, jako jedyna dziewczynka, trafiłam do babki, matki mojego ojca. 

Była to kobieta, która swoją pozycję wypracowała sumiennie, choć nie zawsze uczciwie. Przedwcześnie owdowiała, przejęła obowiązki męża i zarządzała swoim majątkiem z charyzmą godną władczyni. Jednak lata zmagań o przetrwanie odcisnęły na niej swe piętno. Babka miała pomarszczone, przygarbione ciało, którym wstrząsało nieustanne drganie. Jej ręce trzęsły się tak bardzo, że nie były w stanie utrzymać pucharu z winem podawanym do kolacji, co  budziło w niej taką frustrację, że niejednokrotnie rzucała zastawą stołową w usługującą jej służbę. Pod koniec życia kolacje jadała samotnie, a codzienne zmagania, by nakarmić i napoić samą siebie pozostały jej tajemnicą aż do śmierci. Co bardziej złośliwe służące twierdziły, że nie używa już sztućców, ani nawet rąk, zaś jedzenie wyjada prosto z miski, jak pies. 

Gdy było trzeba, babka nie znała litości. Kazała obcinać dłonie służącym złodziejom, kastrować mężczyzn, którzy siłą brali dziewki służące, skazywała na chłostę tych, co znęcali się nad zwierzętami i  odmawiała karmienia pijaków, którzy topili wypłatę w bimbrze zamiast kupować chleb dzieciom. Przed jej wzrokiem nie było w stanie umknąć nic i każdy, nawet najpilniej strzeżony sekret, wychodził w końcu na światło dzienne. Na dźwięk jej powolnych, powłóczystych kroków i stukania laski służące zastygały w bezruchu, bojąc się wykonać jakikolwiek gest, który zwróciłby na nie jej karzący wzrok.

Ale babka cieszyła się respektem również całej społeczności naszej nadmorskiej wioski. Kupcy nie śmieli się z nią targować, niejednokrotnie przystając na ceny, które całą ich działalność stawiały na granicy opłacalności. Mężczyźni ruszali na morze tylko za jej wyraźnym pozwoleniem. Chodziły pogłoski, że siłą woli nadaje kierunek prądom, sprawiając, by był dla marynarzy jak najbardziej korzystny. W dniu, w którym mój ojciec nie wrócił z morza, moją babkę zmógł wyjątkowo bolesny atak podagry. 

fot. Michał Piotrowski

Spałam z nią w jednej komnacie. W nocy z niepokojem nasłuchiwałam, czy jeszcze oddycha. Babka była tak stara, że mogła w każdej chwili umrzeć, zresztą nie omieszkiwała mi o tym wspominać przy byle okazji. Wieczorem kazała mi rozczesywać swoje siwe włosy, które w ciągu dnia nosiła splecione w koronę. W komnacie roznosiła się piżmowa woń łoju, gdy białe strąki opadały uwolnione z upięcia. Sięgały babce pasa. Szczotkowałam je dobre dwa kwadranse, by stały się na powrót miękkie i błyszczące. W tym czasie babka udzielała mi swoich lekcji życia. 

Pamiętaj, mówiła babka, że to świat stworzony dla mężczyzn. Jeśli chcesz być im równa, musisz być od nich po dwakroć silniejsza.

Klękałyśmy do pacierza. Babka nie znosiła klechów, ale polityczna przebiegłość nie pozwalała jej tego oficjalnie ujawniać. W zaciszu swojej alkowy kazała mi wielbić Pana, natomiast ziemskie przykazy jego orędowników mieć w głębokim poważaniu. 

Pamiętaj, mówiła babka, sama ustalasz swoje zasady. Twoje serce najlepiej podpowie ci, jak masz się zachować. 

Lubiłam te nasze chwile przed zaśnięciem, a jednocześnie trochę się ich bałam. Blask świecy, który rzucał na ściany mroczny cień. Ciężkie zasłony, za którymi czaiła się noc ze wszystkim jej demonami. Tępy szelest szczotki przesuwającej się po włosach babki. Jej drżący głos ściszony na tyle, by nie usłyszał nas nikt ze służby. Babka nie była dobra w śpiewaniu kołysanek, ale czasem udawało mi się ją uprosić, by opowiedziała mi jakąś historię z przeszłości. Lubiła wracać do opowieści o tym, jak poznała dziadka i jak udało jej się za pierwszym razem przechytrzyć kupca Moonrowa, który cumował w naszej wiosce z coroczną misją wywiezienia za bezcen kilimów, które przez zimę utkały nasze kobiety. Ja jednak najbardziej lubiłam historie, o których babka mówiła z ledwo wyczuwalnym lekceważeniem, jakby się ich trochę wstydziła. Była wśród nich opowieść o tym, jak na wioskę spadła klęska głodu, zupełnie jakby w morzu nagle zabrakło ryb i dopiero samotna wyprawa łódką zaprowadziła babkę wprost na ławicę tłustych makreli. Smak ich surowego mięsa pozostał z nią do końca jej dni. Była też opowieść o najeździe piratów i spotkaniu oko w oko z ich dowódcą, które skończyło się dla tamtego utratą drugiego oka, zaś w babce na zawsze pozostawiło poczucie winy na widok rozgrzanego do czerwoności pogrzebacza. Była wreszcie opowieść o wodowaniu łajby nazwanej imieniem babki, która popłynęła w pierwszy rejs tylko po to, by jej załoga dokonała napaści na sąsiednią wioskę, zaś po powrocie każdy z uczestniczących w grabieży mężczyzn został decyzją babki powieszony. Ustawione w porcie szubienice miały ostrzegać przyszłe pokolenia przed występkiem, nie dało się jednak ukryć, że splamione hańbą żony powieszonych musiały odtąd walczyć o przetrwanie swoich rodzin i że nie każdej się to udało. 

Czasem pytałam o mojego ojca. Ale wtedy babka gwałtownie zdmuchiwała świece, a w komnacie zapadała ciemność. Układała ciało wysoko na poduszkach i niemal natychmiast zapadała w sen, ja zaś zaczynałam wsłuchiwać się w jej oddech, cichy, nierówny i drżący.  

fot. Michał Piotrowski

Ciąg dalszy nastąpi…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s